Fire Emblem: Shadow Dragon (NDS)
Fire Emblem: Shadow Dragon na NDS to jedna z tych gier, do których zabierałem się wielokrotnie i nigdy ich nie kończyłem. Zawsze był ten moment kiedy zderzałem się z jakimś elementem gry, który po prostu zniechęcał mnie do dalszej rozgrywki lub po prostu sama gra była za mało wciągająca. O ile dobrze kojarzę to FE:SD zakupiłem pod koniec roku 2011 i nie był to celowy zakup, ot grę dostałem razem z Fire Emblem 7 i 8 na GBA, które upolowałem w zestawie na eBay. W związku z tym, że Shadow Dragon nie był chodliwym tytułem, nie opłacało mi się go sprzedawać w tamtym czasie, więc został w kolekcji. I bardzo dobrze...
Shadow Dragon od początku był tytułem, który dzielił graczy. Powodów było kilka, ale największe to zmiana oprawy graficznej z pięknego, kolorowego pixel-art z odsłon na GBA na... no właśnie nie wiem na co. Wygląda to trochę jakby ktoś zmniejszył saturację o jakieś 50% w stosunku do GBA, stworzył jakieś grafiki, potem je rozciągnął do wymaganej rozdzielczości, a potem jeszcze rozmazał. Może przesadzam, ale w porównaniu do tego co znaliśmy z GBA to ewidentnie był to krok wstecz. Drugim powodem dla, którego ta odsłona serii nie zdobyła takiej popularności wśród fanów było uproszczenie rozgrywki przez usunięcie mechanik znanych i lubianych z wcześniejszych części. To w dużym uproszczeniu, ale łatwo było się uprzedzić już tylko z ww. powodów.
Prawie 14 lat (!?), tyle czasu potrzebowałem żeby w końcu raz i konkretnie przysiąść do FE:SD i po prostu zmusić się (przynajmniej na początku) do przebrnięcia przez pierwsze etapy. Pomógł remont mieszkania. Choć może brzmi to dziwnie, ale kiedy podczas remontu na parę miesięcy zmuszony byłem schować w karton mój PC, nagle biblioteka gier na handheldy ożyła. Poranna kawa przed pracą w McDonald's to był świetny czas żeby choć przez chwilę pograć na moim wysłużonym Nintendo DSi.
Początek zabawy był znowu trochę zniechęcający, oprawa graficzna już tak nie przeszkadzała, brak mechanik też, ale przytłaczała mnie ilość jednostek, które są graczowi serwowane w ilości masowej w pierwszy etapach. Niby od przybytku głowa nie boli, ale w tym przypadku rodziło to wiele niepotrzebnych pytań. Kogo wybrać? Dlaczego dostaję nagle 3 jednostki jednego typu, czy mam grać wszystkimi, czy wybrać z nich jednego? Jeśli jednego to którego, skoro nie wiem, jakie mają wskaźniki wzrostu (można znaleźć w poradnikach, ale przy pierwszym graniu nie lubię ich czytać)? Itp. Itd. Do tego doszedł nielogiczny dla mnie element w postaci możliwości zmiany klasy postaci (!?), jakieś to dla mnie było dziwne, że wielkiego rycerza nagle z etapu na etap można zamienić w czarodzieja. Te elementy gry i parę innych (kuźnia, etapy gaiden do których można dostać się tylko kiedy gramy źle) co najmniej irytowały. Ostatecznie po prostu zacząłem ignorować to co mi przeszkadza i to bardzo pomogło.
Im dłużej grałem, tym FE:SD bardziej mi się podobało, w połowie kampanii wciągnąłem się już bardzo. Miałem już wybrane swoje postacie, przyzwyczaiłem się do braku pewnych mechanik, zacząłem doceniać różne dodatkowe funkcje QoL, a w pewnym momencie nawet lekko polubiłem oprawę graficzną (lub może się po prostu przyzwyczaiłem). Grałem na poziomie H1 (oczko wyżej niż Normal) i było to niezbyt duże wyzwanie dla mnie, ale na pewno przyjemne i pozwalało dosyć dynamicznie kończyć poszczególne etapy. Dzięki temu już po 25h zabawy pokonałem ostatniego bosa. Co ciekawe, od razu pojawiła się chęć do rozpoczęcia gry na wyższym poziomie trudności, to chyba dobry znak.
FE:SD to świetna odsłona serii (tak swoją drogą jest to remake FE1 z NES) i choć ma swoje dziwactwa to ma też bardzo wysoki poziom regrywalności przez dużą ilość postaci, aż 6 poziomów trudności, ciekawe etapy, prostą fabułę (to akurat dla mnie plus) i przemyślane rozwiązania QoL. Ostatecznie bawiłem się świetnie, a w planach mam zagrać jeszcze przynajmniej 2 razy. Jest to dobry tytuł, może nawet bardzo dobry, a jego wady nikną w cieniu, ale niestety trzeba przebić się przez dosyć zniechęcający próg wejścia.
EDIT
Zaraz po przejściu H1 zabrałem się za H2, potem H3, H4 i w końcu najtrudniejszy poziom H5 został zaliczony. Co tu dużo pisać, jeśli gra tak wciąga, że przechodzi się ją 5 razy z rzędu to jest naprawdę dobrze jeśli chodzi o grywalność. Podnoszę ocenę z 8 na 9, bo FE:SD na wyższych poziomach trudności jeszcze bardziej świeci. Poza tym te elementy gry, które wydawały się zbędne (czyli bardzo duża ilość postaci do wyboru, kuźnia i możliwość zmiany klasy) nagle na wyższych poziomach trudności zaczęły mieć sens. Na pewno do FE:SD jeszcze wrócę, bo jest to teraz moja ulubiona odsłona serii.
Ocena: 9/10
Jednym zdaniem: Przy pierwszym kontakcie może zniechęcić, ale ostatecznie to świetna pozycja w serii Fire Emblem.

Shiida, jedna z pierwszy jednostek i jedna z najlepszych w całej grze. Jej poziomy wzrostu pozwalają na stworzenie super uniwersalnej jednostki. W zasadzie w pewnym momencie przeszedłem 2 etapy (i to późniejsze) z wykorzystaniem tylko Shiidy i Leny w celu leczenia. Miazga. Choć wiem, że na poziomie trudności H5 pewnie będzie to mniej odczuwalne.